|
Przeniesiony:
http://www.filmweb.pl/user/Titine/blog
_____________________________________________________________________________________________________
2010-05-06|23:55:33|Comments:(2)
Rozprawa
Postaram się napisać to choć z minimum chronologicznego sensu.
1939-1976 Klasyka Kina
Moją poważną przygodę z klasyką kina rozpoczęłam z „La Stradą” Federico Felliniego z 1954 r. Dzięki Bogu, że stałam się tak zakręcona na punkcie kinematografii i obdarzono mnie dużą dozą cierpliwości dla sztuki, bo inaczej pewnie bym się zniechęciła. I nie chodzi o to, że film mi się nie podobał. Fabuła jest mocno refleksyjna i ciężka, natomiast nawet ja widzę, że warsztatowo ten obraz jest genialny. Powiedziałabym, że jest tak perfekcyjny, że aż nudny. Z tego powodu odłożyłam Felliniego na późniejszy termin (aż dorosnę) i sięgnęłam po Ingmara Bergmana z dziełem „Siódma pieczęć” 1957 r. I tutaj poczułam się bardziej na znajomym gruncie. Osadzona w średniowieczu historia człowieka (Max von Sydow), który na swej drodze spotkał śmierć i rozegrał z nią partię szachów o życie, jest dość skromnie przedstawiona, ale bardzo sugestywna. W pamięć zapada ponura atmosfera (podobno dość powszechna u Bergmana), nad wyraz sympatyczna(!) postać śmierci (Bengt Ekort), a szczególnie końcowa sekwencja, w której śmierć wraz z kilkorgiem bohaterów wykonuje Danse Macabre. Bergman pokazał mroczny obraz średniowiecza oraz zafundował widzowi wycieczkę w krainę rozmyślań o istnieniu Boga, czego nawet sama śmierć nie potrafi potwierdzić. Oczywiście po seansie tenże widz zostaje pozostawiony sam na sam ze sobą i uczuciem, że nic nie zrozumiał, ale jak napisał w swojej autobiografii Roman Polański – „zapisuje to Bergmanowi na plus”. Tym samym ja do „Pieczęci” na pewno jeszcze powrócę wielokrotnie, aby odkrywać kolejne dna tej historii. To na razie moja ulubiona pamiątka z podróży w historię kina.
Na mojej drodze pojawiła się wreszcie także „Casablanca” (1942) z jedną z najsłynniejszych ekranowych par w historii Hollywood – Ingrid Bergman + Humphrey Bogart. Tym, co mnie najbardziej urzekło były wyjątkowo malownicze ujęcia z jakąś osobą na pierwszym planie, które tak bardzo kojarzą mi się ze starym kinem. No i oczywiście rozbroił mnie tekst: „Aresztować podejrzanych, tych, co zwykle!”, który co prawda znałam od dawna, lecz zupełnie o nim zapomniałam.
Kolejnym starym filmem, choć może nie takim klasykiem, jak powyższe była „Ninoczka” z 1939 r. (niestety to dopiero mój drugi film z lat 30.) z Gretą Garbo w roli tytułowej. Tutaj jednak muszę ponarzekać na godzinę emisji, jak i na to, że była to druga z kolei noc, której nie przespałam ze względów filmowych. Z tego powodu trochę zawodzi mnie pamięć, choć przypomina mi się, że wywarł na mnie wrażenie przeciętnego, lecz dość inteligentnego. W sumie to chyba nic dziwnego, bo jednym ze scenarzystów był Billy Wilder autor „Miłości po południu” z Audrey Hepburn, który to film wywołał u mnie bardzo podobne odczucia. Jednak coś musi w nim być, bo słyszałam, że jego „Bulwar zachodzącego słońca” jest świetny, zresztą tak, jak „Pół żartem pół serio” z Marilyn Monroe. A tak dla ciekawostki to Wilder urodził się w Suchej Beskidzkiej ;)
W dwa świąteczne poranki przywitało mnie „Quo Vadis” 1951, niestety moje rozczarowanie nie okazało się mniejsze niż przy oglądaniu obrazu Kawalerowicza. Może wizualnie starsza wersja była bardziej przekonująca, za to rozczarowała mnie w płaszczyźnie fabularnej. O ile pierwsza połowa była więcej niż poprawna, przy drugiej odniosłam wrażenie, że ja i twórcy filmu czytaliśmy dwie różne książki. Ma to jednak tez jeden plus: wzrasta moja sympatia do sienkiewiczowskiego „Quo Vadis”, choć ogólnie Sienkiewicza nie znoszę.
Na zakończenie rozdziału klasycznego pozostawiłam „Nakarmić kruki” Carlosa Saury z 1976 r. Nie żeby mnie zachwycił. Zaskoczył, zaintrygował – tak. Jest to film o specyficznej akcji. Składają się na nią przejaskrawione i wypełnione fantazją wspomnienia z dzieciństwa Any. Straciła ona oboje rodziców, jej emocjonalność jest silna, choć trochę skrzywiona, w wielu rzeczach dostrzega śmierć. Na tle wydarzeń, które miał miejsce w trakcie letnich wakacji po śmierci ojca Any, pokazywane są obrazy z wcześniejszego jej życia, co pomaga zrozumieć jej sposób postrzegania otoczenia. Dla mnie to pierwsza tak specyficzna w przedstawieniu produkcja i pierwsze kroki ku szerszemu zainteresowaniu kinem i kulturą Hiszpanii. Ciekawostka jest to, że muzycznym motywem przewodnim w „Nakarmić kruki” jest oryginalna wersja piosenki znanej niektórym z czołówki tvnowskiego serialu „Majka” – „Porque te vas”.
1988-2007 Dobre Kino Współczesne
„Labirynt Fauna” Guillermo del Toro z 2007 r. to czwarty przedstawiciel kina hiszpańskiego, z którym miałam do czynienia (gwoli ścisłości pierwsze trzy to: „Rec”, „Sierociniec” i „Nakarmić kruki”). Podstawową jego zaletą było to, że wreszcie w pełnej krasie ukazała mi się słabość nowej „Alicji w krainie czarów”. „Labirynt...” to tak naprawdę kawał mrocznego, fantastycznego kina, zahaczającego o baśniowy horror oraz pełna przemocy i drastycznych scen historia reżimu gen. Franco w Hiszpanii. Trzy lata temu byłabym zachwycona. Dziś jednak przestałam uważać, że duża ilość uzasadnionej brutalności stanowi gwarancje jakości filmu. Jednak połączenie wszystkich wątków pokazuje nam piękną, choć straszną realistyczną baśń o cudownej scenografii, efektach i kostiumach – perfekcyjna robota. Jeśli zaś chodzi o kino hiszpańskie to mam w planie zapoznać się z twórczością Pedro Almodovara, a im częściej słyszę, że jego filmy są dziwne, tym większą mam na nie ochotę. Następny w kolejce jest Carlos Saura, a w szczególności jego „Tango” oraz jeszcze tajemniczy dla mnie reżyser Luis Buñuel, którego reprezentuje np. „Mroczny przedmiot pożądania”.
Na drugim miejscu moich ostatnich zdobyczy znajdują się dwie francuskie biografie: „Niczego nie żałuję” oraz „Motyl i Skafander”. Pierwsza z nich to prawdziwy majstersztyk. Trzeba się było nieźle napocić, aby stworzyć film, w którym przeskakuje się tak gwałtownie z jednej płaszczyzny czasowej na drugą i nie stracić z oczu sensu. Muszę jednak przyznać, że na początku trudno było mi się odnaleźć. W tym filmie szczególnie zachwalam aktorstwo (bardzo powoli zaczynam dostrzegać różnice między dobrym a złym aktorem), a głównie Marion Cotillard, która wcieliła się w główna postać czyli Edith Piaf. Nie potrafię dokładnie wytłumaczyć, co mam na myśli, ale to chyba fakt, że Cotillard musiała zagrać tak specyficzną osobę w różnych stanach i etapach życia wywarł na mnie tak duże wrażenie. Poza tym w filmie pojawia się postać, którą pokochałam od samego początku. Titine - młoda, blond prostytutka o złotym sercu, która opiekowała się małą Edith. Niestety, gdy próbowałam dowiedzieć się o niej czegoś więcej, okazało się, że jest postacią fikcyjną – tak właśnie można wierzyć filmowym biografiom. W Titine wcieliła się obecna żona Romana Polańskiego – Emmanuelle Seigner.
Również ona zagrała w „Motylu i skafandrze” żonę redaktora naczelnego „Elle”- Jean-Dominique Bauby, który w wyniku udaru doznał całkowitego paraliżu ciała, a jedyną jego drogą komunikacji ze światem było oko. Tenże redaktor za pomocą sposobu wymyślonego przez specjalistów, napisał swoją autobiografię „Skafander i motyl”, na której kanwie powstał ten film. Nie znałam wcześniej jego losów, więc mocno wstrząsnęło mną zakończenie oraz jego stosunki z żoną.Bardzo lubię biografie, choć obecnie są kreowane na superprodukcje (choć ostatecznie wypada to blado). W którymś magazynie filmowym przeczytałam nawet nieco złośliwie brzmiącą uwagę powiązaną z filmem „Coco avant Chanel”, jakoby modę na pełne rozmachu biografie rozpoczęło właśnie wielkie powodzenie „Niczego nie żałuję”. Nie można się nie zgodzić. A kino francuskie? Również w kręgu moich zainteresowań. Rozważam nawet pojawienie się na Przeglądzie Nowego Kina Francuskiego.
Kolejnym elementem współczesnego, tym razem amerykańskiego kina, o którym warto wspomnieć jest Tim Burton. Miałam ostatnio okazję obejrzeć jego pierwszy film „Sok z żuka” z 1988 r. Byłam urzeczona. Jest to dokładnie to, za co ludzie kochają Burtona. Każdy element wydaje się być groteskowy – scenografia, postacie, wydarzenia. I oczywiście pełno w nim czarnego humoru. Szczególnie udane są sceny z zaświatów oraz postać Bettlejuice’a (tak typowo burtonowska!) i Lydii ( genialna Winona Ryder). Niestety nie o wszystkich produkcjach Burtona mogę powiedzieć, że są równie udane. Nie zadowolił mnie widziany niedawno „Jeździec bez głowy”, a i „Gnijąca panna młoda” przyniosła mi małe rozczarowanie. Natomiast „Alicja w krainie czarów”...
2010 Nowości
Ostatni film w reżyserii Burtona wzbudził ogromne zainteresowanie i wielkie oczekiwania. Ja na długo przed premierą przejrzałam zdjęcia, a potem wybrałam się do kina chcąc zobaczyć znaną bajkę w tej interpretacji. Niestety otrzymałam idylliczny disneyowski obraz o dość naiwnej fabule. Choć są tez liczne plusy. W związku z fabułą bardzo spodobał mi się pomysł, który zakładał, że Alicja ma już 19 lat i jest to jej kolejna wizyta w Krainie Czarów po upływie dłuższego czasu. Burtonowskim stylem odznaczały się oczywiści postacie: króliki, Absolem, obie królowe i oczywiście Kapelusznik. No i kostiumy były wspaniałe. Przykro stwierdzić, że po ogólnym rozrachunku wychodzi zbyt mało Burtona w Burtonie. Pierwszy raz w moim życiu, gdy Disney okazał się zupełną kaszaną.
Nieco wcześniej do kin wszedł najnowszy film Romana Polańskiego „Autor widmo”. Tytułowy bohater to tzw. Murzyn, czyli osoba, która na zamówienie pisze cos w czyimś imieniu. W roli głównej świetny Ewan McGregor spisujący historię premiera Wlk. Brytanii o twarzy Pierce’a Brosnana. Choć zarzuca się mediom, że zbyt często używają przymiotnika „hitchcockowski” ja z moim ośmiofilmowym hitchcockowskim stażem mogę śmiało powiedzieć, że „Autor widmo” na to miano zasłużył. Szkoda tylko, że moje dialogi na temat tego filmu zwykle wyglądały tak:
- Byłam w kinie na „Autorze widmo”
- Na czym?
- Filmie Polańskiego
- Aha...
Wśród moich znajomych tylko nieliczni potrafią zrozumieć moje uwielbienie dla Polańskiego. (Dzięki Bogu chociaż reakcja na słowo „Hitchcock” bywa zwykle bardziej emocjonalna ;)).
Tagi: 2010
|skomentuj|
ARCHIVE:
Tagi
|
|